Nie zapowiadało się najlepiej. Już prognoza pogody zdawała się wysyłać złowieszcze znaki. Na trzydzieści dni czerwcowych wszystkie były pięknie słonecznie, 30 stopni w cieniu, oprócz naszych wyczekanych od dawna trzech: 18, 19 i 20 czerwca. Zapowiadane ochłodzenie, burze i deszcze przywołały w mojej głowie mnóstwo czarnych myśli. Miał być romantyczny wyjazd, gorące wieczory w ateńskich tawernach, oglądanie zachodu słońca z jednego ze wzgórz i beztroskie kąpiele w morzu. Dni liczyliśmy już od początku maja, kiedy to kupiłam razem z Marcinem bilety. Z kilku europejskich miast w podobnych cenach, obydwoje wybraliśmy Ateny. Niestety kilka dni przed wylotem, moje kochanie postanowiło zgubić portfel podczas zabawy w stołecznej krainie rozpusty, na Mazowieckiej. Na nic zdały się poszukiwania, jeżdżenie po urzędach z błaganiem o wydanie paszportu tymczasowego. Zostały dwa dni do odlotu, a nasz wymarzony weekend już był zupełnie poza zasięgiem. Staliśmy przed dylematem czy rezygnujemy i liczymy straty (bilety, zakwaterowanie w sumie ok 500 zł), czy może pojadę sama lub znajdę kogoś kto ze mną poleci. I tu okazało się, że mam niesamowitych przyjaciół i już po wysłaniu jednego smsa miałam wspaniałą towarzyszkę podróży.
Po zmianie nazwiska rezerwacji, musiałam jeszcze tylko zmienić nastawienie w głowie. Z romantycznego weekendu zrobił się babski weekend z przyjaciółką. I chociaż ciężko było wylecieć bez ukochanego to jednak z perspektywy czasu cieszę się, że mogłam spędzić ten czas właśnie z Iwoną. Mam nadzieję, że czeka nas przynajmniej dwa tysiące osiemset osiemdziesiąt weekendów z Marcinem, więc może uda się nadrobić także ten spędzony w Atenach bez niego.
Samolot startował o 19:10, na miejscu byłyśmy o 22:50, zupełnie zapominając o zmianie czasu. Na lotnisku byłyśmy zaskoczone, że jest tak nowoczesne i czyste.
Około 40 min zajął nam dojazd metrem z lotniska do placu Syntagma gdzie musiałyśmy przesiąść się z niebieskiej linii do czerwonej. Korzystając z legitymacji studenckiej, bilet z lotniska kosztował nas 4 euro i mogłyśmy na nim również podróżować po przesiadce z placu Syntagma do placu Omonia, gdzie mieszkałyśmy. Z tymi biletami to w czasie całego pobytu to różnie bywało. Starałyśmy się poruszać pieszo dopóki nogi nie zdawały się ważyć tony. Kiedy miałyśmy do przejścia długi odcinek kupowałyśmy 70-minutowy bilet ulgowy, który kosztował 60 centów. Planowałyśmy nie jeździć na gapę, jednak brak bramek i kontrolerów obudził w nas rebelianckiego ducha i kupowałyśmy bilety już tylko na dłuższe trasy.
Moment wyjścia z metra na placu Omonia był dla nas wyjątkowy. Nagle okazało się, że jesteśmy w miejscu, które w żadnym stopniu nie przypomina europejskich miast. Była prawie północ, a temperatura powietrza wynosiła ok 30 stopni. Czułyśmy się jak w kraju Ameryki Południowej. Żółte taksówki, palmy, egzotyczna roślinność i zaniedbane, ,,ozdobione" niedbałym graffiti budynki dokoła.
 |
| Iwonka z pierwszą palmą w życiu |
Mimo korzystania z gps, ciężko było nam trafić do mieszkania, które zarezerwowałam na stronie
airbnb. Z pomocą miejscowych sklepikarzy dotarłyśmy na ulicę Kamaterou. Drzwi otworzyła nam ciemnoskóra dziewczyna. Okazało się, że wynajęty pokój nie znajdował się w prywatnym mieszkaniu, a w czymś przypominającym hostel. Mieszkałyśmy w imigranckiej dzielnicy, w sąsiedztwie narkomanów i prostytutek. Wychodząc na balkon naszego pokoju na trzecim piętrze słyszałyśmy wołania chłopaków z ulicy.
 |
| Widok z naszego balkonu |
Byłyśmy bardzo głodne i mimo późnej pory zdecydowałyśmy się zejść na ulicę i zjeść po kawałku pizzy u Bułgara, który myślał, że mówi po polsku. Obawiając się o nasze zdrowie po zjedzeniu przygrzewanej pizzy, wróciłyśmy do pokoju. Pierwsza noc była upalna, a z ulicy docierały odgłosy pędzących samochodów i skuterów, nie było łatwo zasnąć. Rano obudziłyśmy się o 7 i po szybkim śniadaniu i prysznicu wyszłyśmy na miasto. Wcześniejsza prognoza pogody była zupełnie chybiona. Od rana było bardzo gorąco i słonecznie.
Spacerując po Atenach natrafiałyśmy na zabytkowe świątynie, zaciszne kawiarnie i ruchliwe skrzyżowania, gdzie zastanawiałyśmy się czy możliwe jest w ogóle przejście na drugą stronę ulicy. Chodziłyśmy nie spiesząc się, chciałyśmy wchłonąć jak najwięcej z atmosfery miasta.
 |
| Akademia Ateńska, znajdująca się przy ulicy Leoforos Venizelou Eleftheriou, przy przystanku Panepistimio |
 |
| Akademia Ateńska, znajdująca się przy ulicy Leoforos Venizelou Eleftheriou, przy przystanku Panepistimio |
Od Akademii doszłyśmy ulicą Leoforos Venizelou Eleftheriou do Parlamentu Vouli. Przypadkiem udało nam się trafić na zmianę warty o godz 9.
Spod Parlamentu dobrze było już widać wzgórze Akropolu, więc udałyśmy się w tym kierunku. Dotarłyśmy do Plaki i chociaż większość restauracji było jeszcze zamkniętych, mogłyśmy podziwiać urokliwe wąskie uliczki.
Cały czas kierowałyśmy się w górę, w stronę Akropolu. Z Plaki weszłyśmy w uliczkę Thespidos, a następnie w Stratonos. Jest to północno-wschodnie zbocze Akropolu. Przepiękne pobielone domki nawiązują do cykladzkiego stylu. Nie było jeszcze turystów, więc mogłyśmy nacieszyć się widokami.
 |
| W poszukiwaniu kociaka |
Po około 15 minutowym spacerze bardzo wolnym tempem dotarłyśmy na wzgórzu Akropolu. Czterodniowy bilet uprawniający do zwiedzania starożytnych budowli na Akropolu i w jego okolicy kosztuje 12 euro, ulgowy 6 euro, a my dostałyśmy bezpłatną wejściówkę dla studentów.
Zwiedzając ateński Akropol, słyszałyśmy zbliżającą się burzę więc postanowiłyśmy zejść z góry w poszukiwaniu przyjemnej tawerny na obiad. Spacerując doszłyśmy do placu Monastiraki i korzystając z przewodnika wybrałyśmy grecką tawernę
Taverna SIGALAS. Jest to duży, trzypiętrowy lokal, z grecką muzyką na żywo. Siedziałyśmy w ogródku, chociaż padał deszcz było dość ciepło. Pogoda sprzyjała powolnemu sączeniu wina i obserwowaniu ludzi. Przemiły starszy kelner doradził nam co zamówić. Wybrałyśmy cielęcinę z pieczonymi ziemniakami i talerz warzyw. Do tego oczywiście wino, a dzięki uprzejmości kelnerów dostałyśmy podwójną ilość wina i deser na koszt firmy. Podsumowując obiad kosztował nas ok 8 euro od osoby,
Najedzone i podkręcone po sporych ilościach wina, poszłyśmy odpoczywać w Ogrodach Narodowych, które znajdują się pomiędzy Parlamentem przy placu Syntagma, a muzeum Zappeiona.



















 |
Budynek Zappeion
Z Ogrodów Narodowych przeszłyśmy przy świątyni Zeusa do Muzeum Akropolu. Tak jak w przypadku Akropolu, skorzystałyśmy z darmowej wejściówki dla studentów.

Około 17:30 wyszłyśmy z muzeum. Byłyśmy bardzo zmęczone więc postanowiłyśmy przejechać czerwoną linią metra od stacji Akropol do Omonii. Wróciłyśmy do mieszkania, założyłyśmy kostiumy kąpielowe i wyruszyłyśmy nad morze. Z placu Syntagma pojechałyśmy tramwajem w stronę Glyfady jednak nie dojechałyśmy aż do niej, ponieważ ze względu na późną porę chciałyśmy być jak najszybciej na plaży. W okolicach 19:30 wysiadłyśmy na przystanku Kalamaki i kilka minut później już leżałyśmy na plaży. Woda była ciepła, więc mogłyśmy popływać i cieszyć się zachodzącym słońcem.










Wracałyśmy z plaży tramwajem nr 5 do stacji metra Neos Kosmos. a stamtąd standardowo do placu Omonia. Chwilę odpoczęłyśmy, nacieszyłyśmy się internetem i wyruszyłyśmy ponownie na miasto. Pojechałyśmy na plac Monastiraki i błądząc po knajpkach i jedząc przepyszną pitę w jednej z nich przy Mitropoleos 84 ponownie trafiłyśmy do SIGALASa. Kolejny raz tego samego dnia zamówiłyśmy domowe wino i kolejny raz dostałyśmy dwa razy więcej, niż zamówiłyśmy. Poznałyśmy miłych kelnerów, którzy przynosili nam lokalne specjały typu kebab, a z jednym z nich, Panagiwsthsem umówiłyśmy się na kolejny wieczór. Do domu wróciłyśmy około 3 nad ranem.
|