poniedziałek, 14 września 2015

ZAKYNTHOS 4-11.09.2015

Na początek nasz grecki hit Nikos Vertis!

Doczekaliśmy się wakacji. 4 września o 7 rano wylecieliśmy z Warszawy i o 11 byliśmy na lotnisku na wyspie. Nasz hotel Poseidon Beach położony jest w miejscowości Laganas oddalonej od lotniska o 10 min drogi. Dzięki temu ok godziny 12:30 byliśmy na miejscu i mogliśmy cieszyć się upragnionym odpoczynkiem. Miejscowość Laganas jest mekką turystów, głównie tych z Wielkiej Brytanii, gdzie funkcjonuje powiedzenie, że na pierwsze wakacje "bez mamy" trzeba lecieć na Zakynthos. Laganas jest Ibizą wyspy. Centrum miasteczka to kilka długich na około 1 km ulic, na których zlokalizowanych jest mnóstwo barów, restauracji i klubów. Nie czuć tutaj greckiego klimatu, ale jest to idealne miejsce dla młodych, lubiących taniec i zabawę turystów. W sam raz dla nas. Wyspa jest stosunkowo niewielka, 40 km długości i 20 km szerokości daje możliwość w ciągu kilku dni zobaczenia jej praktycznie w całości. Poza imprezowym, głośnym i rozświetlonym neonami centrum, Laganas posiada też czyste plaże, na których można w spokoju odpocząć. Wzdłuż plaży nie ma klubów, są jedynie greckie tawerny i bary. Spokoju wymagają żółwie Caretta Caretta, które właśnie w zatoce Laganas składają swoje jaja. 


Na mapie powyżej Laganas znajduje się na południu, w zatoce. Południe wyspy jest równinne, wschodnia i północna część- górzysta. Z plaży w Laganas widać bardzo dobrze niedużą wyspę Marathonisi, która kształtem przypomina żółwia i nawet jest miejscem lęgowym żółwi. 














Nasz hotel zaskoczył nas już od momentu przybycia. Jest niezwykle czysty i zadbany, z pięknym ogrodem rozciągającym się od ulicy do samej plaży. Posiada dużą restaurację i trzy bary, w tym dwa przy basenie. Restauracja jest na tyle duża, że można spokojnie przyjść w każdym momencie trwania posiłku i nie martwić się o brak miejsca. Większa część stolików znajduje się na świeżym powietrzu, co umożliwia spożywanie w pięknych okolicznościach przyrody. Przechodząc przez ogród dochodzimy do basenu, a idąc dalej prosto na plażę. Hotelowe all inclusive nie pozwala zgłodnieć. Od 8 do 10 jest śniadanie, od 12:30 do 14:30 obiad, a od 19 do 21 kolacja. Dodatkowo przy basenie cały dzień można zjeść hot dogi, hamburgery i różnego typu przekąski. Właścicielem hotelu jest starszy pan, który jest zawsze obecny i osobiście dogląda gości, słodko się uśmiechając. Jest to ogromny atut, który sprawia, że w Poseidon Beach można się poczuć jak w domu. 















Nasze pierwsze trzy dni- piątek, sobotę i niedzielę poświęciliśmy na odpoczynek. Zarówno w basenie, jacuzzi, jak i na plaży nigdy nie było zbyt wiele osób. Można w spokoju leżeć na leżaku i co chwila choć odrobinę "ochłodzić się" w zupełnie ciepłej wodzie w basenie i niemalże gorącej w morzu. 




Wieczory do godziny 23 spędzaliśmy w barze przy basenie, a potem ruszaliśmy w miasto. 



Mecz musi być grany :)






Kamikaze- nasze ulubione miejsce. Świetna muzyka, szoty za 0,5 euro i drinki za 2 nie raz sprawiły, że wracaliśmy do hotelu w cudownym nastroju.






Pierwszy poranek na wyspie rozpoczął się dla mnie o 7 rano, byłam tak podekscytowana, że pobiegłam od razu w piżamie na plaże i czekałam na wschód słońca. Był to magiczny, piękny czas. 



W ciągu dnia wybraliśmy się na długi spacer wzdłuż plaży. Po 30 minutach doszliśmy do portu, gdzie znajduje się długi most prowadzący na maleńką wyspę Cameo. Jest to prywatna wysepka, która kiedyś nazywała się Agios Sostis. Obecny właściciel nazywa się właśnie Cameo, stąd nazwa wyspy. Miejsce to jest również nazywane wyspą ślubów, ponieważ często odbywają się tutaj wesela. Taka impreza kosztuje około 4 tysiące euro za samo wynajęcie baru. Dla turystów wstęp na wyspę kosztuje 4 euro, przy wejściu dostaje się jednak bilecik, który można wymienić w barze za dowolny napój. Miejsce to jest niezwykle relaksujące, ze względu na urokliwą plażę ukrytą w skałach i ciekawą muzykę, która pomimo, że jest głośna i dość imprezowa to wprowadza w odprężenie. 

Na wyspę dotarliśmy przed około godziny 18 i plażując czekaliśmy na zachód słońca. Właśnie w tym miejscu odhaczyliśmy kolejny punkt na naszej liście- zachód słońca na plaży. 



















W niedzielę wypadały moje urodziny, które świętowaliśmy w barze, który sobie wymarzyłam jeszcze w Polsce. 







Wieczór uwiecznił pokaz sztucznych ogni na wyspie Cameo, a tak bar wygląda w dzień:



Na poniedziałek mieliśmy zaplanowany rejs na żółwie. Skorzystaliśmy z lokalnego biura prowadzonego przez mieszkających prawie 20 lat na wyspie Polaków, ZANTE MAGIC TOURS. Wykupiliśmy od nich trzy wycieczki. Rejs na żółwie, mix Północ i rejs na Kefalonię, który niestety się nie odbył z powodu sztormu, 

Rejs na żółwie prowadził bardzo młody Polak, Bartek. Generalnie żółwi w zatoce jest tylko 8 i trzeba trochę się naczekać aż się jakiegoś zobaczy. My mieliśmy szczęście bo żółw pokazał się po około 5-10 minutach. Miał około pół metra średnicy i nie mogę się pochwalić jego zdjęciem, bo najzwyczajniej w świecie pływał pod wodą i mój aparat niemalże go nie uchwycił. Widać tylko ciemną plamę. Mimo wszystko wrażenia są bardzo fajne, ponieważ jak tylko pokazuje się żółw, dookoła zbiera się kilka łódek, motorówek i statków z podnieconymi turystami, co wygląda dość zabawnie. Niestety nie jest to zabawne dla żółwi, które często mają wypadki właśnie spowodowane przez turystów wypożyczających motorówki i podpływających bardzo blisko żółwia. W rezultacie zwierzątka wpadają pod wirnik silnika i mają kaleczone a nawet urywane płetwy lub uszkodzone skorupy. Na wyspie jest szpital dla żółwi, gdzie przechodzą one potem rekonwalescencję. Inne zagrożenie dla maleńkich, dopiero co wyklutych żółwi to światła barów i dyskotek, ponieważ gdy brzdące się wyklują w nocy na plaży mają czas do rana żeby dojść do wody i kierunek morza obierają dzięki światłu księżyca. Gdy dookoła świeci się ogromna liczna źródeł, żółwiki mylą drogę i niestety, ale umierają potem w gorącym słońcu.








Pokręciliśmy się trochę wokół żółwia, a następnie popłynęliśmy w stronę półwyspu Keri ,gdzie są cudowne jaskinie. Mieliśmy tam czas wolny, statek zatrzymał się około 50 m od brzegu, gdzie było ponad 10 m głębokości i mogliśmy zejść do wody, popływać w przepięknym miejscu.

W czasie rejsu mieliśmy okazję zobaczyć również wyspę Cameo od strony morza.



























Kolejnym etapem rejsu była wyspa Marathonisi, ta w kształcie żółwia. Opłynęliśmy ją, a następnie był czas na plażowanie.










Miejsca oznaczone w sposób powyżej to ochrona złożonych tu jaj żółwia. W zatoce Laganas i na tej wyspie jest ich około 150, z czego średnio wykluwa się maksymalnie 5 żółwi. 


Po powrocie do Laganas zdążyliśmy na obiad a potem do końca dnia leniuchowaliśmy na plaży i przy basenie.

Następego dnia, we wtorek 8 września zrobiliśmy sobie małą wycieczkę do stolicy wyspy, miasta Zakynthos. Jechaliśmy tam około 15 min autobusem, za co zapłaciliśmy 1,8 euro od osoby. Zaskoczyła nas punktualność kierowcy co do minuty, bo od każdego słyszeliśmy, że w Grecji nie ma co się spodziewać, że autobus w ogóle przyjedzie/

Stolica wyspy to miasteczko portowe. Tutaj mieszkają rdzenni mieszkańcy wyspy, bo raczej nie jest to kurort turystyczny. Jest też tutaj jedyny kościół katolicki i jedyny duży, ozdobny kościół greko-katolicki, św. Marka.































Właśnie będąc w Zakynthos Town dostaliśmy telefon, że nasza czwartkowa wycieczka na Kefalonię zostaje odwołana z powodu zamkniętego morza tego dnia. Wszystkie rejsy na wyspie zostały odwołane, zapowiadano sztorm o mocy 8 w skali Beauforta. Bardzo chcieliśmy zobaczyć tą wyspę, więc otrzymana informacja nieco popsuła nam humory. 

Następnego dnia było tylko gorzej, bo czekała nas wymarzona wycieczka do Zatoki Wraku, a tu od rana niebo było mocno zachmurzone. Brzydka pogoda zupełnie popsuła mój wakacyjny nastrój. Była to dobra nauczka dla mnie pani-wiecznie-planującej, że wszystkiego nie można zaplanować i nie zawsze musi być idealnie. Czasem idealne jaskrawe słońce dla mnie, nie jest idealne dla kogoś kto się w taką pogodę źle czuje, np Marcina. Więc zrozumiałam, że nie ma co się wściekać tylko trzeba cieszyć się chwilą taką jaka jest. Okazało się to dobrym podejściem, za które zostałam nagrodzona przepięknym słońcem w Zatoce Wraku i na klifie, z którego podziwialiśmy najpiękniejszy widok w moim życiu. 

Wycieczka rozpoczęła się w winnicy braci Solomos. Rodzina ta od 4 pokoleń produkuje najlepsze wina na wyspie. 






Kolejny punkt programu to miejsce widokowe, z którego widać Grecję kontynentalną i Kefalonię, jednak my mieliśmy złą pogodę i nie mogliśmy nacieszyć się widokami. Następnie pojechaliśmy na plażę Xigi ,która słynie ze skał, z pod których wypływa siarka. Wody w tym miejscu podobno zawierają kolagen, świetnie działają na skórę i potencję. 

Woda w pobliżu skał ma ekstremalną temperaturę 8 stopni więc po pływaniu w cieplutkim morzu, stanowi niezłą atrakcję. Miejscami jest mętna i biała, to własnie tam jest największe stężenie siarki. Kąpiąc się tam, złapał nas deszcz, jednak był zupełnie nie odczuwalny i nie popsuł nam zabawy w "ciepło- zimno". 















Po kolagenowej kąpieli mieliśmy gładkie ciała jak u bobasa i udaliśmy się do miasteczka portowego Agios Nikolaos. Tam czekał na na nas statek, na którym wypłynęliśmy zobaczyć Błękitne Jaskinie i Zatokę Wraku. Było małe nasłonecznienie więc błękitna woda  w jaskiniach była tego dnia turkusowo-zielona, ale na szczęście w Zatoce Wraku rozjaśniło się i mogliśmy podziwiać przepiękną barwę wody. 

W związku z tym, że następnego dnia miał być sztorm, dostaliśmy bonus w postaci prawie pustej plaży Navagio, czyli właśnie Zatoki Wraku. Zwykle jest tam setki, a nawet tysiąc osób, ale tego dnia morze było dość wzburzone i większość statków i motorówek nie mogło wpłynąć w pobliże plaży. Nam się udało, chociaż zejście i wejście na rozkołysany statek było dość stresujące. 

































Wracając z Zatoki Wraku mieliśmy postój na morzu, w pobliżu Błękitnych Grot. Mogliśmy zejść do wody i pływać, chociaż nie można było wpływać do jaskiń ze względu na silne fale. Mieliśmy ze sobą maskę i bardzo żałowaliśmy, że nie mamy wodoodpornej kamery, bo widok był nieziemski. Piękne kolorowe rybki dookoła. Co do pływania z maską to świetna frajda. Będąc na plaży w Laganas bardzo wcześnie rano, sama pływałam w morzu właśnie z maską i w pewnym momencie zobaczyłam pod sobą płaszczkę. Niesamowite towarzystwo do pływania, choć najadłam się trochę strachu. Była kilka metrów pode mną, jednak w tak czystej wodzie wydawała się być na wyciągnięcie ręki.



Ponownie wróciliśmy do Agios Nikolaos, gdzie mieliśmy czas wolny na zjedzenie obiadu i odpoczynek na plaży. Korzystając z tego, że w naszym hotelu jedliśmy zdrowe, śródziemnomorskie potrawy, postanowiliśmy pójść na pizzę do jednej z tawern.










Po przerwie obiadowo-plażowej pojechaliśmy na degustację win, bimbrów i miodów. I oczywiście na wyczekany widok z klifu na Zatokę Wraku. To był obraz, którego nigdy nie zapomnę i mam nadzieje, że zobaczę jeszcze raz.
















Na koniec wycieczki pojechaliśmy jeszcze do najstarszego kościoła na wyspie, który jako jedyny budynek przetrwał trzęsienie ziemi i stoi od XV wieku. Znajduje się w nim nienaruszone ciało świętego Dionizosa. Raz w roku w jego dzień przez stolicę przechodzi procesja z jego ciałem. Co roku zdejmuje się mu buty i kroi je na małe kawałki, które wierni otrzymują jako relikwie. 



Grecy są bardzo wierzący, ale nie tak bardzo w Boga, jak w różne wierzenia i zabobony. Jadąc przez wyspę można zobaczyć wiszące łapacze snów, niebieskie "oka" chroniące przed zauroczeniem, czy drzewa takie jak tu na dole, z przywieszonymi kamieniami.




Tego dnia w nocy był zapowiadany sztorm, z ogromnym wiatrem, deszczem i burzą. Bardzo przyjemnie się spało w takim hałasie. Rano okazało się, że nie ma połowy plaży, pozabierano większość leżaków i stolików restauracyjnych. Był taki wiatr, że ani na plaży, ani nawet przy basenie nie było ludzi. Co odważniejsi, w tym oczywiście my, mieli radochę z pływania na wielkich falach. Ja wchodziłam do wody w masce, dzięki czemu nie miałam problemu z wlewającą się do oczu, ust i nosa wodą i mogłam szaleć jak dzieciak w aqua parku. Pływałam na fali, pod falą, z falą. Praktycznie przez cały dzień. Około 11 wyszło słońce, ale nadal wiał potężny wiatr, co spowodowało, że słońce opalało dużo mocniej. Śpiący na plaży Marcin został poparzony i cierpiał z tego powodu do końca wyjazdu, czyli dwa dni. 

Ten dzień wspominam bardzo dobrze i z perspektywy czasu cieszyliśmy się, że rejs na Kefalonię nie wypalił, bo bardzo wypoczęliśmy i wybawiliśmy się na falach. Dodatkowo wieczorem był "grecki przytup". Najpierw sam zespół grał i śpiewał greckie szlagiery, potem dołączył zespół taneczny, a na koniec wszyscy tańczyliśmy, nie tylko zorbę. 













Następnego, ostatniego dla nas dnia na Zante pływaliśmy i spacerowaliśmy po Laganas. Wybraliśmy się jeszcze raz na wyspę Cameo, żeby choć trochę schronić się przed słońcem i spędziliśmy miłe popołudnie z zaprzyjaźnionymi Polakami. Wieczorem wróciliśmy do Polski.









Nasz ostatni obiad na wyspie, tradycyjne pity i krewetki w barze Horizon, ale jedzenie nie było jakieś rewelacyjne, więc nie do końca polecam to miejsce.




1 komentarz: