Myśląc o tym, gdzie świętować naszą piątą rocznicę od razu wiedzieliśmy, że mają być góry. Byliśmy poniekąd zmuszeni przez nasz ułożony przed sylwestrem plan na 2015 rok, w którym nieodhaczony został własnie weekend w górach.
Kierunek mieliśmy obrany, a konkretne miejsce było wciąż do ustalenia. Wyjechaliśmy w czwartek po pracy. Pierwszy przystanek - Kraków. Dojechaliśmy bardzo późno, bo po grubo po 23. Prześliczną kawalerkę znaleźliśmy na stronie AIRBNB. Jest ona w centrum krakowskiego Kazimierza, na ulicy Miodowej.
Następnego dnia, po śniadaniu opuściliśmy moje wymarzone mieszkanko i ruszyliśmy w drogę do Zakopanego. Po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do kolejnej 'miejscówki', Willi Chycówka. Właścicielami tego domu jest cudowne, młode małżeństwo, a sam dom położony jest na szczycie Gubałówki, w miejscowości Ząb. Oprócz dobrych warunków, wszelkiej pomocy i super atmosfery, właściciele oferują też niesamowite widoki. Nam niestety nie trafił się pokój z widokiem na tatry, ale również mieliśmy piękny, sielski krajobraz za oknem.
Po rozmowie z uroczym góralem. właścicielem, mieliśmy już gotowy dalszy plan wycieczki. Piechotą zeszliśmy z góry do Zakopanego, ten spacer zajął nam około 30 min. Doszliśmy do centrum Zakopanego, miałam okazję pierwszy raz w życiu być na słynnych Krupówkach. Będąc w Zakopanym bardzo cieszyłam się, że mamy kwaterę tak wysoko i chociaż jest ona daleko od turystycznego centrum, to jednak niesamowite widoki rekompensują długie spacery.
Na Krupówkach spędziliśmy miły czas do późnego popołudnia. W restauracji Pstrąg Górski zamówiliśmy klasycznego pstrąga, jednak posiadał tak wiele ości, że zmagając się z nimi zupełnie nie miałam już sił, żeby cieszyć się posiłkiem.
Przepychając się przez tłumy turystów w Zakopanem dotarliśmy do kolejki linowej na Gubałówkę. Na wstępie poraziła nas cena za jeden, krótki przejazd w górę. Niestety sandałko-japonki nie pozwoliły mi wejść na górę na piechotę. Generalnie, zapłaciliśmy więcej niż za o wiele dłuższy wjazd na Tibidabo w Barcelonie. Zakopiańskie cenniki przyprawiają mnie o zawrót głowy. Będąc na górze musieliśmy tylko iść do Zębu. Droga ta wymaga 40 minutowego spaceru. Mogliśmy skorzystać z 'podwózki' proponowanej przez górala z wozem i konikiem, za 'jedyne' 30 zł od osoby.
Około 19 byliśmy już w domu. Mieliśmy przygotowane przekąski, wino i kocyk. Byliśmy gotowi na świętowanie naszej piątej rocznicy. Ubrani w dresy i ciepłe skarpetki, znaleźliśmy w okolicach domu, na polanie miejsce z miękką trawą i przepięknym widokiem. Spędziliśmy czas do północy, rozmawiając i popijając wino o smaku mango i brzoskwini.
Miejsce było cudowne, z widokiem na rozświetlone Zakopane w dole i rozgwieżdżone niebo w górze. Dodatkowo było duże natężenie spadających gwiazd więc wieczór udał się wyjątkowo romantyczny. Nawet nie wiedziałam, że mam takiego romantyka, bo sposób świętowania naszej rocznicy był jego pomysłem i sam zorganizował cały wyjazd.
Następnego dnia pojechaliśmy na klasyczną wyprawę w góry, czyli kierunek- Morskie Oko. Tu też byłam pierwszy raz w życiu. Droga z Łysej Polany do Morskiego Oka to ok 10 km i szło nam się tą trasę bardzo dobrze i szybko. Na miejsce dotarliśmy w niecałe 1,5 godziny.
Będąc nad Morskim Okiem, złapała nas burza. Poważnie się rozpadało i nie zapowiadało się na poprawę pogody. Jak przystało na taterników- amatorów nie mieliśmy kurtek przeciwdeszczowych. Ba, ja nie miałam nawet bluzy. Spędziliśmy ponad godzinę w schronisku, jedząc szarlotkę i pijąc piwo. Schronisko pękało w szwach od nadmiaru ludzi. Na szczęście burza po godzinie przeszła nad Słowację, nadal jednak padało. Moja natura podróżnika nie pozwalała mi dłużej siedzieć w jednym miejscu, więc zmusiłam Marcina, byśmy wyruszyli nad Czarny Staw pod Rysami pomimo deszczu. Oczywiście udawałam, że jest mi bardzo ciepło w koronkowej bluzce i wcale nie potrzebuję bluzy, o której mi przypominał kilkakrotnie przed wyjściem z kwatery.
W połowie drogi deszcz ustał i bardzo powoli zaczęło się przejaśniać, nad Czarnym Stawem było już zupełnie słonecznie.
Po powrocie do domu, krótkim odpoczynku i szybkim prysznicu wybraliśmy się do kościoła. Pojechaliśmy na mszę do Krzeptówek. Po kościele ponownie, pojechaliśmy na Krupówki i tam bardzo długo szukaliśmy odpowiedniej restauracji. W końcu zdecydowaliśmy się na Owczarnię, z góralską muzyką i dość dobrym cennikiem. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Pieczony grule były przepyszne, podane z masłem czosnkowym i trzema sosami, a mięso zapiekane oscypkiem rozpływało się w ustach. Nadal tęsknie za tym jedzeniem.
Następnego dnia, w niedzielę 16 sierpnia wróciliśmy na Mazowsze, bardzo szybko i sprawnie. Około 15 byliśmy już w domu.



























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz