środa, 24 czerwca 2015

Ateny 17-20 czerwca 2015, cześć I

Nie zapowiadało się najlepiej. Już prognoza pogody zdawała się wysyłać złowieszcze znaki. Na trzydzieści dni czerwcowych wszystkie były pięknie słonecznie, 30 stopni w cieniu, oprócz naszych wyczekanych od dawna trzech: 18, 19 i 20 czerwca. Zapowiadane ochłodzenie, burze i deszcze przywołały w mojej głowie mnóstwo czarnych myśli. Miał być romantyczny wyjazd, gorące wieczory w ateńskich tawernach, oglądanie zachodu słońca z jednego ze wzgórz i beztroskie kąpiele w morzu. Dni liczyliśmy już od początku maja, kiedy to kupiłam razem z Marcinem bilety. Z kilku europejskich miast w podobnych cenach, obydwoje wybraliśmy Ateny. Niestety kilka dni przed wylotem, moje kochanie postanowiło zgubić portfel podczas zabawy w stołecznej krainie rozpusty, na Mazowieckiej. Na nic zdały się poszukiwania, jeżdżenie po urzędach z błaganiem o wydanie paszportu tymczasowego.  Zostały dwa dni do odlotu, a nasz wymarzony weekend już był zupełnie poza zasięgiem. Staliśmy przed dylematem czy rezygnujemy i liczymy straty (bilety, zakwaterowanie w sumie ok 500 zł), czy może pojadę sama lub znajdę kogoś kto ze mną poleci. I tu okazało się, że mam niesamowitych przyjaciół i już po wysłaniu jednego smsa miałam wspaniałą towarzyszkę podróży. 


Po zmianie nazwiska rezerwacji, musiałam jeszcze tylko zmienić nastawienie w głowie. Z romantycznego weekendu zrobił się babski weekend z przyjaciółką. I chociaż ciężko było wylecieć bez ukochanego to jednak z perspektywy czasu cieszę się, że mogłam spędzić ten czas właśnie z Iwoną. Mam nadzieję, że czeka nas przynajmniej dwa tysiące osiemset osiemdziesiąt weekendów z Marcinem, więc może uda się nadrobić także ten spędzony w Atenach bez niego. 

Samolot startował o 19:10, na miejscu byłyśmy o 22:50, zupełnie zapominając o zmianie czasu. Na lotnisku byłyśmy zaskoczone, że jest tak nowoczesne i czyste.


Około 40 min zajął nam dojazd metrem z lotniska do placu Syntagma gdzie musiałyśmy przesiąść się z niebieskiej linii do czerwonej. Korzystając z legitymacji studenckiej, bilet z lotniska kosztował nas 4 euro i mogłyśmy na nim również podróżować po przesiadce z placu Syntagma do placu Omonia, gdzie mieszkałyśmy. Z tymi biletami to w czasie całego pobytu to różnie bywało. Starałyśmy  się poruszać pieszo dopóki nogi nie zdawały się ważyć tony. Kiedy miałyśmy do przejścia długi odcinek kupowałyśmy 70-minutowy bilet ulgowy, który kosztował 60 centów. Planowałyśmy nie jeździć na gapę, jednak brak bramek i kontrolerów obudził w nas rebelianckiego ducha i kupowałyśmy bilety już tylko na dłuższe trasy.


Moment wyjścia z metra na placu Omonia był dla nas wyjątkowy. Nagle okazało się, że jesteśmy w miejscu, które w żadnym stopniu nie przypomina europejskich miast. Była prawie północ, a temperatura powietrza wynosiła ok 30 stopni. Czułyśmy się jak w kraju Ameryki Południowej. Żółte taksówki, palmy, egzotyczna roślinność i zaniedbane, ,,ozdobione" niedbałym graffiti budynki dokoła.

Iwonka z pierwszą palmą w życiu




Mimo korzystania z gps, ciężko było nam trafić do mieszkania, które zarezerwowałam na stronie  airbnb. Z pomocą miejscowych sklepikarzy dotarłyśmy na ulicę Kamaterou. Drzwi otworzyła nam ciemnoskóra dziewczyna. Okazało się, że wynajęty pokój nie znajdował się w prywatnym mieszkaniu, a w czymś przypominającym hostel. Mieszkałyśmy w imigranckiej dzielnicy, w sąsiedztwie narkomanów i prostytutek. Wychodząc na balkon naszego pokoju na trzecim piętrze słyszałyśmy wołania chłopaków z ulicy.

Widok z naszego balkonu


Byłyśmy bardzo głodne i mimo późnej pory zdecydowałyśmy się zejść na ulicę i zjeść po kawałku pizzy u Bułgara, który myślał, że mówi po polsku. Obawiając się o nasze zdrowie po zjedzeniu przygrzewanej pizzy, wróciłyśmy do pokoju. Pierwsza noc była upalna, a z ulicy docierały odgłosy pędzących samochodów i skuterów, nie było łatwo zasnąć. Rano obudziłyśmy się o 7 i po szybkim śniadaniu i prysznicu wyszłyśmy na miasto. Wcześniejsza prognoza pogody była zupełnie chybiona. Od rana było bardzo gorąco i słonecznie.

Spacerując po Atenach natrafiałyśmy na zabytkowe świątynie, zaciszne kawiarnie i ruchliwe skrzyżowania, gdzie zastanawiałyśmy się czy możliwe jest w ogóle przejście na drugą stronę ulicy. Chodziłyśmy nie spiesząc się, chciałyśmy wchłonąć jak najwięcej z atmosfery miasta.



Akademia Ateńska, znajdująca się przy ulicy Leoforos Venizelou Eleftheriou, przy przystanku Panepistimio 




Akademia Ateńska, znajdująca się przy ulicy Leoforos Venizelou Eleftheriou, przy przystanku Panepistimio 







Od Akademii doszłyśmy ulicą Leoforos Venizelou Eleftheriou do Parlamentu Vouli. Przypadkiem udało nam się trafić na zmianę warty o godz 9.





Spod Parlamentu dobrze było już widać wzgórze Akropolu, więc udałyśmy się w tym kierunku. Dotarłyśmy do Plaki i chociaż większość restauracji było jeszcze zamkniętych, mogłyśmy podziwiać urokliwe wąskie uliczki.












Cały czas kierowałyśmy się w górę, w stronę Akropolu. Z Plaki weszłyśmy w uliczkę Thespidos, a następnie w Stratonos. Jest to północno-wschodnie zbocze Akropolu. Przepiękne pobielone domki nawiązują do cykladzkiego stylu. Nie było jeszcze turystów, więc mogłyśmy nacieszyć się widokami.















W poszukiwaniu kociaka







Po około 15 minutowym spacerze bardzo wolnym tempem dotarłyśmy na wzgórzu Akropolu. Czterodniowy bilet uprawniający do zwiedzania starożytnych budowli na Akropolu i w jego okolicy kosztuje 12 euro, ulgowy 6 euro,  a my dostałyśmy bezpłatną wejściówkę dla studentów.
















Zwiedzając ateński Akropol, słyszałyśmy zbliżającą się burzę więc postanowiłyśmy zejść z góry w poszukiwaniu przyjemnej tawerny na obiad. Spacerując doszłyśmy do placu Monastiraki i korzystając z przewodnika wybrałyśmy grecką tawernę Taverna SIGALAS. Jest to duży, trzypiętrowy lokal, z grecką muzyką na żywo. Siedziałyśmy w ogródku, chociaż padał deszcz było dość ciepło. Pogoda sprzyjała powolnemu sączeniu wina i obserwowaniu ludzi. Przemiły starszy kelner doradził nam co zamówić. Wybrałyśmy cielęcinę z pieczonymi ziemniakami i talerz warzyw. Do tego oczywiście wino, a dzięki uprzejmości kelnerów dostałyśmy podwójną ilość wina i deser na koszt firmy. Podsumowując obiad kosztował nas ok 8 euro od osoby,




Najedzone i podkręcone po sporych ilościach wina, poszłyśmy odpoczywać w Ogrodach Narodowych, które znajdują się pomiędzy Parlamentem przy placu Syntagma, a muzeum Zappeiona.





















Budynek Zappeion

Z Ogrodów Narodowych przeszłyśmy przy świątyni Zeusa do Muzeum Akropolu. Tak jak w przypadku Akropolu, skorzystałyśmy z darmowej wejściówki dla studentów. 



Świątynia Zeusa











Około 17:30 wyszłyśmy z muzeum. Byłyśmy bardzo zmęczone więc postanowiłyśmy przejechać czerwoną linią metra od stacji Akropol do Omonii. Wróciłyśmy do mieszkania, założyłyśmy kostiumy kąpielowe i wyruszyłyśmy nad morze. Z placu Syntagma pojechałyśmy tramwajem w stronę Glyfady jednak nie dojechałyśmy aż do niej, ponieważ ze względu na późną porę chciałyśmy być jak najszybciej na plaży. W okolicach 19:30 wysiadłyśmy na przystanku Kalamaki i kilka minut później już leżałyśmy na plaży. Woda była ciepła, więc mogłyśmy popływać i cieszyć się zachodzącym słońcem.











Wracałyśmy z plaży tramwajem nr 5 do stacji metra Neos Kosmos. a stamtąd standardowo do placu Omonia. Chwilę odpoczęłyśmy, nacieszyłyśmy się internetem i wyruszyłyśmy ponownie na miasto. Pojechałyśmy na plac Monastiraki i błądząc po knajpkach i jedząc przepyszną pitę w jednej z nich  przy Mitropoleos 84 ponownie trafiłyśmy do SIGALASa. Kolejny raz tego samego dnia zamówiłyśmy domowe wino i kolejny raz dostałyśmy dwa razy więcej, niż zamówiłyśmy. Poznałyśmy miłych kelnerów, którzy przynosili nam lokalne specjały typu kebab, a z jednym z nich, Panagiwsthsem umówiłyśmy się na kolejny wieczór. Do domu wróciłyśmy około 3 nad ranem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz