Weekend w Mediolanie był zaplanowany od dawna. W maju kupiliśmy bilety lotnicze w promocji Wizzair dwa w cenie jednego. Do tego znaleźliśmy tani nocleg na airbnb. Niestety tuż przed wylotem oboje byliśmy mocno przeziębieni, a w dodatku bardzo pogorszyła się pogoda na północy Włoch, więc pomimo, że długo czekaliśmy na tą wycieczkę, to nastroje mieliśmy raczej umiarkowanie radosne. Postanowiliśmy nie spinać się ze zwiedzaniem i nie robić miliona zdjęć, tylko odpocząć po ciężkim tygodniu i po prostu pobyć w nowym miejscu.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Bergamo około 8 rano w piątek. Zamiast jechać prosto do Milano, pojechaliśmy do starej części Bergamo, położonej na górze. Z lotniska jedzie się tam autobusem linii 1A. Jedzie on przez centrum miasta, piękną stację kolejową, uniwersytet i wreszcie Citta Alta czyli Górne Miasto. Dojazd na Starówkę zajmuje około 20 min, a jednorazowy bilet kosztuje 1,3 euro. Bergamo jest bardzo urokliwym i zaskakująco dużym miastem. Stara, zabytkowa część jest położona za murami obronnymi, skomunikowana wąskimi uliczkami. W porównaniu z Mediolanem, w Bergamo jest dużo mniej turystów i można poczuć klimat Włoch.
Nasza pierwsza pizza, na szybko, ale bardzo dobra.
Spacer po Starówce zakończyliśmy przejściem na trasę widokową wzdłuż murów, skąd rozlega się widok na nowe miasto Bergamo.
Do najwyżej położonego miejsca w mieście można dojechać kolejką. Kosztuje ona 1,5 euro, a na tym samym bilecie można przez 90 minut korzystać z komunikacji miejskiej w Bergamo.
Po wyjściu z kolejki, autobusem dojechaliśmy do dworca kolejowego i udaliśmy się do Mediolanu. Generalnie żeby dostać się z Bergamo do Milano, mogliśmy albo cofnąć się do lotniska i stamtąd pojechać autobusem za 5 euro, albo pojechać pociągiem z centrum Bergamo. Wybraliśmy opcję drugą, 0,50 euro droższą, ale za to sporo szybszą. Warto wiedzieć, że bilety na pociąg, można kupować nie tylko w kasach, ale też w okolicznych sklepikach i kioskach. Dzięki temu nie trzeba stać w długich kolejkach w budynku dworca. Automaty w Bergamo nie obsługują gotówki. Podróż pociągiem trwała około 40 min i zakończyła się na stacji Centrale, gdzie wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy prosto pod katedrę Duomo.
Wstęp do katedry kosztuje 2 euro, natomiast żeby wejść na taras na dachu trzeba dopłacić kolejne 9 euro. Kolejki do kas są naprawdę długie i chyba lepiej kupić bilety przez internet, chociaż wtedy jest odrobinę drożej. My nie wykupiliśmy wejścia na dach, ponieważ zaczął padać deszcz i widoki nie byłyby za ciekawe. W słoneczny dzień z dachu katedry widać pięknie Alpy.
Rzeźba oddartego ze skóry św.Bartłomieja, przyprawia o dreszcze.
W katedrze spędziliśmy naprawdę dużo czasu, nie tylko dlatego, że jest przepiękna, ale głównie z powodu silnego bólu zatok, który napadł Marcina. Do czasu aż zadziałały leki, siedzieliśmy w kościele, a potem przeszliśmy przez cudowną Galerię Vittorio Emanuele i metrem pojechaliśmy na stację Porto Genova. Mieszkaliśmy w dzielnicy Naviglio, która znajduje się na kilkoma kanałami. Wzdłuż nich jest wiele restauracji i barów. Można tu naprawdę dobrze zjeść, kuchnia jest bardziej nastawiona na Włochów niż turystów. Praktycznie nie widzieliśmy tutaj turystów. Dodatkowo ceny są dużo niższe niż w centrum miasta.
Restauracja, w której zjedliśmy nasz pierwszy obiad to Trattoria Formo a Legna. Znajduje się ona nad kanałem, po przeciwnej stronie niż stacja metra, trzeba przejść przez mostek i kierować się na prawo. Najtańsza pizza to ok 6 euro. Restauracja jest bardzo kameralna, około 15 byliśmy jedynymi gośćmi, pracownicy bardzo o nas dbali. Chcieli nam nawet przynieść wódkę, jak powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski.
Po obiedzie poszliśmy na piechotę do mieszkania, mimo, że było dość daleko, około 20 min drogi. Mogliśmy skorzystać z tramwaju nr 2, który jedzie spod katedry Duomo pod samą kamienicę, w której mieszkaliśmy, ale akurat jakaś Włoszka zaparkowała samochód na torach tramwajowych i zrobił się spory zator.
Mieszkaliśmy u pary Włochów, Nadii i Danilo. Przesympatyczna, bardzo gościnna para. Poświęcili nam sporo czasu i serca. Uwielbiam ich minimalistyczne mieszkanie i śpiew ich kanarków. Po wypiciu kilku herbat z Nadią, poszliśmy spać o szalonej porze 20:00. Oboje byliśmy osłabieni i taki długi sen, do 10 rano bardzo dobrze nam zrobił.
![]() |
Rano pogoda była jeszcze gorsza niż dnia poprzedniego. Lał deszcz. Na szczęście po godzinie przestało padać więc wyszliśmy na miasto. Zrobiliśmy standardowy spacer Duomo-La Scala- Pałac Sforza.
Będąc w tym miejscu zauważyłam na mapie, że w pobliżu jest stacja kolejowa Cadorna, skąd odjeżdżają pociągi do Como. Poszliśmy tam i okazało się, że akurat za kilka minut będzie nasz pociąg więc tylko kupiliśmy bilety i już byliśmy w środku. Bilet w jedną stronę kosztuje 4,8 euro. Pociąg jedzie prawie godzinę. Pociągi podmiejskie są bardzo komfortowe, a wygodne poduszki umożliwiają nawet miłą drzemkę.
Jezioro Como jest pięknie położone u podnóża Alp. Jest w pobliżu granicy ze Szwajcarią. Gdy byliśmy tam praktycznie nie było turystów i to odpoczynek w tym kurorcie był najmilszą częścią naszej wycieczki.
Gdyby była lepsza pogoda, to zdecydowalibyśmy się na kolejkę na szczyt, z którego jest piękny widok, ale góry były przykryte chmurami więc nic by nie było widać. Z drugiej strony, pełzające po zboczach chmury też miały swój urok.
Po długim spacerze wzdłuż jeziora byliśmy bardzo głodni, tym bardziej, że nie jedliśmy nic od piątkowej pizzy. Wróciliśmy więc do portu, gdzie znajduje się kilka restauracji i wybraliśmy jedną z nich. Szybko wybraliśmy spaghetti i lasagne. Oba dania były świeże i bardzo smaczne.
Na pociąg znowu nie musieliśmy czekać i po powrocie do Mediolanu pojechaliśmy zobaczyć stadion San Siro. Niestety zwiedzanie stadionu było do godziny 18 i zabrakło nam 10 minut, ale przynajmniej Marcin mógł zobaczyć go z zewnątrz. Teoretycznie mogliśmy wejść do środka ale tylko na kilka minut i za 17 euro więc moim zdaniem cena z kosmosu.
Ze stadionu pojechaliśmy pod Duomo na tramwaj do domu, jednak spędziliśmy jeszcze trochę czasu czekając aż się ściemni i zapalą się światła na placu. Potem jeszcze pochodziliśmy trochę po sklepach i wsiedliśmy do tramwaju.
Na koniec dnia udaliśmy się do polecanej przez naszych gospodarzy restauracji w pobliżu mieszkania. Niestety nie mieliśmy rezerwacji i nie było dla nas miejsca. Cofnęliśmy się więc do lokalu, który widzieliśmy z tramwaju, było tam dużo ludzi w porównaniu z innymi. Gdy weszliśmy do środka uderzyło nas ciepło bijące z ogromnego pieca na pizzę i gwar rozmów i śmiechów. Znalazł się dla nas stolik, chociaż było bardzo dużo ludzi, samych Włochów. Nawet kelnerzy nie mówili zbyt dobrze po angielsku. Zamówiliśmy jedną pizzę, ale była tak rewelacyjna, że musieliśmy wziąć kolejną. I tiramisu. I dzbanek wina, wodę i piwo. Spodziewaliśmy się ogromnego rachunku, a okazało się, że zapłaciliśmy 28 euro, tyle co w centrum byśmy zapłacili za same pizze. Przy temacie cen w restauracji, warto pamiętać o coperto, czyli opłata za nakrycie. przeważnie jest to 2 euro od osoby.
Restauracja, o której piszę to La Taberna przy ulicy Andrea Ponti 1. Przepyszne jedzenie i super ceny.
Tak zakończyliśmy nasz drugi dzień w Mediolanie. Udało nam się zwiedzić wszystko, co zaplanowaliśmy, pomimo silnego bólu zatok Marcina. Pogoda nie była tak kiepska jak się zapowiadało. Zarówno w piątek, jak i w sobotę padało dopiero w trakcie naszego powrotu do mieszkania. Podsumowując wypad okazał się bardzo udany.

































































































